/ / cmnt - 1 /

and i could die today, right now, for what i feel.

;((

cmnt - 5 /

ona jest ze snu, a ubrana w codzienność. bo lubie to zdjecie. ;*


cmnt - 1 /

pierwsza klasowa najebka. wąwóz. kwadrat. tak jak wczoraj, tylko w innym gronie :} ej sorry, bo na wspominki mi się zebrało. bless! + link do innego zdjęcia, którego miałam nie publikować :}




cmnt - 1 /

unengaged, dimlit love didn't taste the same. czyż nie, mój drogi ?

bo widzisz. chyba za dużo wymagam. (od świata.)

cmnt - 2 /

prettiest mess you've ever seen. love for money is my sin - any man calls, i'll let him in.. rose is my colour and white, pretty mouth and green my eyes. i see men come and go, but there'll be one who will collect my soul and come to me two thousand miles away, he walks upon the coast two thousand miles away, it lays open like a road. dear God, life ain't kind - people getting born and dying, but i've heard there's joy untold, lays on that open road in front of me. my first name is Angelene.

pojebało mnie.

cmnt - 6 /

Są takie chwile. I mam zamiar je przypomnieć sobie, ale nie tylko. Także tym wszystkim, z którymi te chwile tworzyłam. Bo tak łatwo jest zapomnieć, a zapomnienie prowadzi... na dobrą sprawę nie prowadzi nigdzie. Może tylko do tych samych błędów.



Styczeń. Chyba najbardziej w pamięć zapadł mi wieczór 14, czyli piętnasty finał wośpu. Jedno z marzeń się spełniło. I nie boję się użyć tego słowa - miłość. Szkoda, że dopiero teraz wiem, że nie warto jest kochać za dwoje. Ale było cudownie. Długie, leniwe wieczory. Ramzes łamane przez Koniec Świata, muzyka, piwo i Idealny Mężczyzna. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo są one zbędne. Dla mnie liczy się to, co czułam, a niczego takiego nie dane mi było przeżyć jeszcze raz. Póki co.

Luty. Sprzeczność, jedna wielka sprzeczność. 9 lutego pofarbowałam włosy na kolor mlecznej czekolady - podobno. tego samego dnia czar prysł. Skończyło się. Z mojej winy, teraz to widzę. I chyba nic więcej nie mogę powiedzieć. Najgorsze ferie zimowe jakie pamiętam. Dziękuję Wam, że byliście. Michał, Słońce, Monika - bez Was nie dałabym rady. That's all.

Marzec. Robi się cieplej, chociaż zima i tak nie była taka zła (; Była wycieczka do Warszawy, były szczwane poOsToOuQi, które słyszą uśmiechy i mają gniazdo na suficie w sali 39, było punky reggae live i troche głupot, których trochę bardzo żałuję.

Kwiecień. Dobry czas, raczej, chociaż dziwny. Gwrs postanowił zostać rastuchem, a to wszystko po koncercie na poczekajce. Kwiecień to też trzy kilometra piechotą po ulicy poligonowej z Sylwią i Magdą, wszechobecne Oi! i nie ten autobus. To urodziny Tymczakowej, na których nie wiem jak się znalazłam. To picie na stadionie, miziacz i and without you this is how i disappear. To próby Awarii Systemu, elo elo! To *przydałoby ci się trochę ruchu, może pójdziesz ze mną na rower?* Dobra, koniec nabijania się ;d

Maj. Maj to dla mnie przede wszystkim juwenalia. Dżem pamiętam aż za dobrze, szczególnie jedno zdanie, bo niestety mam pamięć do rzeczy małych i na pozór nic nie znaczących. A jak Ira grała moją ulubioną piosenkę, musiałam iść do domu. Masz siłę, masz wiarę. Owszem, mam. Trochę później zmieniłam stan cywilny. Zrób mi dobrze w rytmie SKA. I z Gwrs wejść na baRRRykady! Indios Bravos przecudowne. Żółwie - jak to Żółwie - sialalala. Na Comie, jak zwykle, ryczałam. Szczerze mówiąc nie pamiętam, czy grali listopad. Ale chyba tak. I Kult zagrał Celinę. A te dwa utwory razem dają niepohamowany wybuch histerii i lawinę wspomnień, auć.

Czerwiec. Zdecydowanie na plus. Próby Kadeesu w dupie, pseudo-sesje zdjęciowe z udziałem pudełka ee.. szpilek ? Sylwia rebel rebel i ja w dziurawych spodniach. Boże, jak wtedy było wspaniale na świecie. Ciepło, słońce, perła chmielowa i ci ludzie. Do tego solidna porcja muzyki. A potem wycieczka klasowa. Była, omfg!, zajebista! Dużo zdjęć przywiozłam z niej, tak samo zresztą jak siniaków na nodze, bo wspaniała milenka wchodząc po schodkach (bardzo niskich w sumie..) wolała uderzyć własną łydką o beton niż pozwolić, aby butelka z gorzałką się rozbiła. Cóż, następnego dnia bałam się spojrzeć w lustro, oczy miałam tak zmęczone, że straciły całą zieleń. A potem spacerek, w sam raz na kaca. I dowód na to, że TWOJA STARA PIERZE W RZECE. Żywy dowód! Pod koniec miesiąca koncert na strychu, dużo reggae, dużo ska i dużo piwa.

Lipiec. Ah, wakacje, słodkie lenistwo. Węgorzewo Union of Rock, cudowne kilka dni z cudownymi ludźmi. No, i muzyka, szczególnie Anatema - wspólne płakanie z piękną Sylwuśką i Pogodno, oparty o jezioro, oglądamy się, trzy palce poniżej pępka, te sprawy, wiecie... ;p Później nad Białym wielkie tornado podczas Crocodile Reggae Festivalu, kiedy to zostałam Bonusem. A spanie w mokrym namiocie nie jest fajne, szczególnie jak ma się w kieszeni aparat fotograficzny (od tamtej pory obiektyw otwiera się ręcznie ;d) Po powrocie Tomusiowe wejście w dorosłość, uświadamianie sobie różnych rzeczy i miękkie kolana na widok pewnego chłopaka. Piwo i prażynki, i masakryczna rozpierducha, wracanie o 4 z aosu. Lipiec to też tektura, poznałam całą masę świetnych ludzi, szkoda, że teraz ich nie widuję tak często.

Sierpień. O ile dobrze pamiętam, właśnie w sierpniu odkryliśmy ze Słońcem fuckshovel! I Maciek nie mógł spać (pewnie po obejrzeniu tego ;d). Potem wielkie odliczanie do wyjazdu. Pociągiem. Brak perły chmielowej, ale lans drogim grolschem i porterem z colą. Suszone banany. Kocham góry i kocham tamtych ludzi. Dwoje.

Wrzesień. Czyli moje urodziny, tralalaa. Chociaż nie wiem czy liczyć je na plus czy minus. Było wspaniale z jednej strony, motyle w brzuchu i cholerne nadzieje. Milenka zgubiła telefon, Anna poznała swoją miłość, poznałam Ciecha i jego siostrę, a łyżka Czerpakowa wisi nad moim biurkiem.

Październik. Pod znakiem wspomnień i tektura cały czas. Maciejowe osiemnascie, niespodzianka, dwie godziny przed lustrem i nie umiem podłączyć mp3 do ee.. pieca? Lans humanem, konfrontacje teatralne, teatr w Gardzienicach i dionizyjskie orgie, uczta z mocną słodką kawą i pierogami ;] Kocham Was, elito drugiej ha dziewiątego elo. Milenka robi najlepsze imprezy w mieście, kiedy następna ? I koniec złudzeń po tamtej rozmowie.

Listopad. Znowu zmieniłam kolor włosów, a co! Świąteczna akcja znicz, chodź na wódkę, bar pod akacjami, impreza Anki w mnichu, caramuchos. Koncert w Graffiti, przezajebisty, potanczyłabym jeszcze, lans na scenie z aparatem i lans na backstage'u. Półmetek taki sobie. Koncert Comy, troche rozczarowanie, nie slyszałam Normalsów, ale na bis zagrali listopad i - uwaga - nie płakałam. Za to płakałam na koncercie Agacie Budzyńskiej - Przyjaciele. A potem uczucie, że tracę kogoś bardzo mi bliskiego.

Grudzień. Zamotany co nie miara. Przez moją głupotę, oczywiście. Z tego wniosek, że nie umiem, cholernie się staram, ale nie umiem. Potem znowu czuję się głupio, jakoś samotnie, nie wiem, co mam myśleć, a już tym bardziej nie wiem, co czuję. Święta - jak co roku, nie lubię, ale hey unplugged pokochałam. A w Sylwestra mam zamiar się dobrze bawić. I tyle tego grudnia, ot co.

Z tego miejsa chcę podziękować ludziom, którzy są mi bliscy i w jakiś sposób przyczynili się do tego, jaka jestem.
Pomimo wielu, naprawdę wielu upadków, zaliczam ten rok do lepszych. Może dlatego, że trochę dorosłam, zrozumiałam swoje błędy. A może po prostu dlatego, że mam najwspanialszych przyjaciół.


cmnt - 1 /

potrzeba dowartosciowania sie.

* candy candy candy.

cmnt - 1 /

tralalalalaaa. węgorzewo wspominadło po raz enty.
mam ochote na piwo i prazynki. i ciebie.
(promise me we'll always stay the way we are today.)

< 3



202120202019201820172016201520142013201220112010200920082007grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006